30 Янв

Szkolnictwo wyższe a zmiany demograficzne. Przykład hossy i bessy na rynku szkół wyższych




Номер части:
Оглавление
Содержание
Журнал
Выходные данные


Науки и перечень статей вошедших в журнал:

Wstęp

Jako badaczom, obserwatorom życia społecznego i edukacji, przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach. Ostatnie 25 lat w Polsce i innych krajach Europy wschodniej to wielkie zmiany, tak edukacyjne jak i demograficzne. Celem poniższego tekstu jest wykazania ścisłych związków pomiędzy tymi dwoma procesami i ich poważnych konsekwencji. Od 1989 roku obserwowaliśmy w naszym kraju zarówno gwałtowny wzrost zainteresowania edukacją wyższą – „boom edukacyjny”, jak i poważny kryzys tego sektora – diametralne odwrócenie trendu.

Prezentowane w tekście dane odnosić się będą głównie do sytuacji Polski, w sposób całościowy i spójny, sytuację w tym kraju charakteryzując. Polska, jednak, może być traktowana jako egzemplifikacja powtarzalnej tendencji, sekwencji wydarzeń dla innych państw zza żelaznej kurtyny.

Ostatnie parę lat to coraz mniej chętnych do studiowania. Co jeszcze ciekawsze,  systematycznie topnieje liczba uczelni wyższych —  głównie tych niepaństwowych. Warto zatem zadać pytanie: jaka jest kondycja uczelni wyższych w naszym kraju, kto w nich studiuje i jaka jest prognoza dla dalszych losów tego sektora edukacji?

Boom. Geneza i skutki

Obserwujemy obecnie istotne przemiany w szkolnictwie wyższym. To przełom, którego zapowiedź można było dostrzec już kilka lat temu. Po latach względnej prosperity – znamionowanej wzrostem liczby szkół wyższych, a co się z tym wiąże, wzrostem liczby studentów – zaczynają dominować tendencje zniżkowe.

Studia wyższe realizowane są w Polsce przez szereg różnego typu uczelni (medycznych, technicznych, wojskowych, ect.) jednak najbardziej dominującym typem są uniwersytety i uczelnie do nich podobne. Wprowadzony system boloński podzielił większość kierunków na dwa stopnie. Studia pierwszego stopnia (najczęściej trzyletnie) dają możliwość uzyskania tytułu licencjata. Istnieje możliwość kontynuowania nauki na dwuletnich studiach uzupełniających – drugiego stopnia – dających tytuł magistra.

     System szkolnictwa wyższego za czasów rządów komunistycznych miał w Polsce skostniałą formę.  Istniało zaledwie 11 uniwersytetów i kilkanaście szkół wyższych innego typu. Jak pisze założyciel jednej z pierwszych prywatnych uczelni wyższych Krzysztof Pawłowski – „W czasach socjalistycznych wykształcenie wyższe było uważane za dobro rzadkie, dostępne tylko dla wybranych. […] Decydowało o tym kilka przyczyn: dążność reżimu socjalistycznego do utrzymania władzy (łatwiej kontrolować ludzi niewykształconych i sterować ich zachowaniem) oraz sztuczny system wynagrodzeń w niemal całkowicie państwowej gospodarce promujący pracę fizyczną. Tamten system skutecznie zniechęcał do kształcenia się wielu potencjalnych kandydatów na studentów […] Wystarczyło skończyć technikum i iść do pracy, aby zarabiać więcej niż inżynier czy nauczyciel z kilkuletnim stażem pracy.”[7, s. 2] Rzeczywiście, w 1991 roku w kraju liczącym ponad 38 milionów obywateli było mniej niż 400 000 studentów, a wyższym wykształceniem legitymowało się 7% obywateli [9, s. 110].

Przełom 1989 roku i zmiany gospodarki rynkowej dały całkowitą zmianą priorytetów na polskim rynku pracy. Jak konstatuje przytaczany wcześniej K. Pawłowski: „Okazało się niemal natychmiast, że wykształcenie ma wysoką wartość i wynagrodzenie w powstających firmach prywatnych jest uzależniane silnie od kwalifikacji i umiejętności, a więc pośrednio od wykształcenia. Równocześnie przez całe lata 90-te w wiek dojrzały zaczęły wchodzić coraz liczniejsze roczniki wyżu demograficznego” [8, s. 76]. Efektem takiego stanu rzeczy był masowy wzrost liczby osób chętnych do studiowania.

Szczególnie na uwagę zasługuje w tym kontekście sektor niepubliczny. Wraz ze zmianami gospodarczo-rynkowymi w Polsce zaczęło się pojawiać coraz to więcej przedsiębiorstw i inicjatyw prywatnych. Ku zaskoczeniu społeczeństwa zaczęły się także pojawiać prywatne alternatywy w sektorach do tej pory kojarzonych wyłącznie z działalnością państwa. Obok szpitali wyrosły prywatne kliniki i praktyki lekarskie. Jako rodzaj alternatywy dla policji pojawiły się prywatne firmy ochroniarskie i detektywi. Podobnie w odniesieniu do edukacji. Dla każdego z jej etapów pojawiły się prywatne alternatywy – od przedszkoli po uczelnie wyższe. Wszystkie z tych szkół mają charakter przedsięwzięć komercyjnych – mają zarabiać – zatem w odróżnieniu od uczelni państwowych pobierają opłaty za naukę.

Liczba uczelni wyższych publicznych rosła i rośnie regularnie i dość wolno.  Od 105 w 1990 roku do 135 w 2013 (patrz Wykres 1.). Ich rozwój jest na ogół związany z przekształcaniem filii uczelnianych w odrębne, niezależne jednostki. Zupełnie inną sytuację widzimy w sektorze uczelni niepublicznych. Ich liczba w ostatnich blisko dwudziestu pięciu latach wzrosła bardzo gwałtownie. W 1990 roku były to zaledwie 4 uczelnie niepubliczne w kraju (głównie wyższe uczelnie wyznaniowe – prowadzone przez kościoły). W roku 1995 było to już 80 jednostek. Po kolejnych 5 latach, w roku 2000 liczba szkół niepublicznych przewyższała już liczbę publicznych przybyło ich aż 110 – dając razem 190 (patrz Wykres 1.). Bardzo gwałtowny wzrost trwał w kolejnych 5 latach – do 2005 roku. Wtedy to na polskim rynku funkcjonowało już 325 szkół niepublicznych. Po wyhamowaniu procesu szczyt rynkowy wypadł w roku 2010 zarejestrowanych było wówczas – 387 [10, s. 30] uczelni prywatnych. Po tym czasie zaczął postępować powolny, choć systematyczny ich spadek. W ciągu ostatnich lat ubywało z rynku około 10 szkół  niepublicznych rocznie – w wyniku czego dzisiaj mamy ich około 300 – czyli podobnie jak 2004.

Wykres 1. Opracowanie własne na podstawie danych MNiSW.

Równie ciekawe zmiany towarzyszyły populacji studentów. Tak jak wspomniano wcześniej, na początku procesu transformacji gospodarczo ustrojowej w Polsce liczba studentów w społeczeństwie była stosunkowo niewielka. W 1990 roku studiowało około 390 tysięcy młodych ludzi. Co oczywiste w świetle ustaleń z poprzedniej części – prawie wszyscy na uczelnia państwowych. Wraz ze wzrostem liczby uczelni w kraju wzrastała liczba studentów (patrz Wykres 2.). W 1995 było to 710 tysięcy studentów, a w 2000 roku już ponad półtora miliona – 1625 tysięcy. Najwyższą liczbę studentów zarejestrowano w 2005 roku – blisko dwa miliony – 1952 tysiące. Tak jak w przypadku liczby szkół, po szczycie zaczął następować powolny i systematyczny spadek liczby studentów. W roku 2010 było to 1820 tysięcy, w 2012 1674 tysiące, a w 2015 jest tylko 1502 tysiące. Innymi słowy: liczebnie populacja studentów odpowiada tej sprzed 15 lat – z lat 1999, 2000.

Wykres 2. Opracowanie własne na podstawie danych MNiSW.

Należy w tym miejscu zauważyć, że paradoksalnie wyraźna większość studentów studiuje na uczelniach publicznych — jest ich mniej niż uczelni niepublicznych, ale mają daleko więcej słuchaczy. Od lat stosunek uczniów wybierających uczelnie państwowe i prywatne jest podobny — w tej chwili jest to 72% — 27% na rzecz uczelni publicznych. W najlepszym czasie dla uczelni niepublicznych – około roku 2007 – wybierało je niecałe 37% studentów. Łatwo tu o wniosek, że dziś na jedną uczelnię publiczną przypada średnio około  8750 słuchaczy, a na niepubliczną prawie 7 razy mniej, bo jedynie około 1250.

Ostatnia uwaga dotyczy skutków społeczno kulturowych takiego boomu uczelni wyższych w Polsce. Wskaźnik solaryzacji (netto) w 1990 roku nie przekraczał 10%, w tej chwili wynosi ponad 40% i jest jednym z najwyższych w Europie [10, s. 8]. Możemy zatem mówić o wielkim kroku rozwojowym.

 

Kryzys demograficzny

Być może na pierwszy rzut oka dziwić może połączeni problemów rozwoju szkolnictwa wyższego z kwestiami demografii. Dystans pomiędzy tymi zagadnieniami jest jednak pozornie wielki. Zmiany liczebności populacji, zmiany struktury tej populacji w sposób zasadniczy wpływać będą na kondycję wielu sektorów kraju, kultury. Także obszar szkolnictwa wyższego jest ściśle związany z dynamiką społeczną, co zostanie poniżej wyjaśnione.

W odniesieniu do demografii Polski i krajów zza żelaznej kurtyny można wskazać wiele pól problemowych, obszarów problematycznych, które wydają się dziś szczególnie istotne. Mówi się o zmianie struktur rodzinnych, problemach rynku pracy, wpływach globalizacyjnych. [1, s. 19-21] Bodaj, jednak, najważniejsze dwa z nich to: zmiana struktury ludności i spadek liczby urodzeń. Jakkolwiek, te wcześniej nadmieniane także mogą w istotny sposób przekładać się na rozwój, interesującego nas szczególnie, szkolnictwa wyższego, tak więcej uwagi poświęcić należy właśnie kwestiom liczebności.

Warto w tym miejscu scharakteryzować krótko sytuację i prognozy demograficzne dla Polski – jako przykładu kraju postkomunistycznego. Według danych w 2013 r. zarejestrowano ponad 370 tys. urodzeń żywych [9, s. 148-219], co oznacza spadek o ponad 43 tys. w stosunku do roku 2010, ale także jest to o  ponad 30% mniej, niż w 1990 r. i prawie połowę mniej, niż w 1983 r., który był szczytowym rokiem ostatniego wyżu demograficznego (prawie 724 tys. urodzeń). W 2013 r. współczynnik urodzeń (liczba urodzeń na 1000 mieszkańców) wyniósł 9,7% (o 0,7 pkt. mniej niż w roku poprzednim, ale o ponad 5 pkt mniej niż w 1990 r. i ponad 10 pkt mniej niż w 1983 r.) [8, s. 147-187].

Szczególnie niekorzystnym okresem były lata 1984-2003, kiedy to odnotowywano systematyczny spadek liczby urodzeń – do 351 tys. w roku 2003, który był najbardziej niekorzystnym dla rozwoju demograficznego kraju. Rok 2009 był szóstym z kolei, w którym odnotowano większą ich liczbę, ale także niestety ostatnim. Od roku 2010 liczba urodzeń ponownie spada.

Optymalną sytuację demograficzną – prostą zastępowalność pokoleń — określa współczynnik  dzietności kształtujący się na poziomie 2,1-2,15 (gdy w danym roku na jedną kobietę w wieku 15-49 lat przypada średnio 2 dzieci). Współcześnie odnotowywany współczynnik liczby urodzeń – poziom reprodukcji — nie gwarantuje prostej zastępowalności pokoleń, nie wspominając już o wzroście liczebności populacji. Nadal utrzymuje się obserwowany od 1989 r. okres depresji urodzeniowej. W 2013 r. współczynnik dzietności był niższy od 1,30 [9, s. 189]. Od 26 lat w Polsce nie było ani jednego roku, w którym liczba urodzeń gwarantowałaby zastępowalność pokoleń.

Wykres 3. Piramida ludności w Polsce – rok 2013. Opracowanie własne na podstawie danych GUS.

Zatem powyższe dane dowodzą, że wspomniany w podtytule kryzys nie jest przesadną oceną dla sytuacji Polski, w której liczba obywateli gwałtownie spada. Wyniki długookresowej prognozy ludności Polski do roku 2035 – GUS – nie pozostawiają złudzeń: w perspektywie kolejnych lat, liczba ludności Polski będzie systematycznie się zmniejszać, przy czym tempo tego spadku będzie coraz wyższe wraz z upływem czasu. Przewidywano, że w 2010 roku ludność Polski osiągnie prawie 38 092 tys. osób (faktycznie: 38 200 tys.), w 2020 – ok. 37 830 tys., zaś w 2035 roku – ok. 35 993 tys. Podobny stan ludności wystąpił w Polsce w latach 1981–1982, kiedy to był obserwowany ostatni boom urodzeniowy. W najbliższych 20 latach ubędzie przeszło 2 miliony Polaków, czyli z nieco ponad 38,5 miliona [9, s. 149] do niecałych 36,5 miliona.

 

Konsekwencje

Opisane powyżej zmiany skutkują wieloma konsekwencjami dla funkcjonowania państwa i jego perspektyw. Można więc wskazać pewne wybrane z nich, skupiając się w końcu na skutkach dla szkolnictwa wyższego.

Zmianie ulegnie struktura wiekowa ludności. Liczba osób w wieku produkcyjnym (18-64) będzie ulegać systematycznemu zmniejszaniu z poziomu 24570 tys. w 2010 roku do 20739 tys. W 2035 r., a zatem o ponad 3,8 mln, przy czym największy spadek będzie miał miejsce w pięcioleciu 2015-2020 (ok. 1,2 mln osób). Wspomniane zmiany spowodują gwałtowne zmniejszanie i starzenie się zasobów pracy, a w konsekwencji pogarszanie się podaży siły roboczej na polskim rynku pracy. Co gorsza, procesowi topnienia populacji osób w wieku produkcyjnym, będzie towarzyszyć proces zwiększania się populacji osób w wieku poprodukcyjnym, z 6413 tys. w 2010, do 9621 tys. w 2035. Co oznaczają takie zmiany w strukturze ludności? Otóż ciężar utrzymania wszystkich innych obywateli (poniżej 18 roku życia i powyżej 59/64 roku życia) spocznie w 2035 r. na barkach grupy o 18% mniej licznej, niż teraz. Co gorsza, liczba emerytów i rencistów „na utrzymaniu” osób pracujących wzrośnie aż o 34 procent. Można te zagrożenia jeszcze inaczej wyrazić: o ile w roku 2010 na 1 osobę w wieku poprodukcyjny przypadały blisko 4 (3,83) w produkcyjnym, o tyle w 2035 r. przypadać będą nieco ponad  2 (2,15).

Opisane wyżej konsekwencje to zmiany w skali makro. Dotyczą one całej populacji, całej gospodarki, całego kraju. Warto jednak bliżej przyjrzeć się i skonstatować konsekwencje dla szkolnictwa wyższego. Konsekwencją zmian w strukturze ludności jest upadanie, zamykanie szkół wyższych w Polsce. Powstawanie uczelni (szczególnie tych niepublicznych) – gwałtowny wzrost ich ilości był konsekwencją kilku czynników. Najistotniejsze, wspomniane wyżej, to rozwój prywatnej inicjatywy, niewystarczająca liczba miejsc na państwowych uniwersytetach i wchodzenie w wiek studencki roczników wyżowych. Przy bessie rynku uniwersyteckiego, też można mówić o różnych czynnikach, takich jak: koniec obowiązkowej służby wojskowej, inflacja dyplomów, kryzys ekonomiczny, koniec mody, ect. Ponad wszystko, jednak, na plan pierwszy wybijają się kwestie demograficzne. Upadnie, zamykanie uczelni jest głównie  związane ze zmniejszoną liczbą chętnych do studiowania.

Rynkiem uczelni wyższych (w dużej mierze odpłatnych – niepublicznych) rządzą twarde prawa ekonomii. Jak wskazano wcześniej uczelnie niepaństwowe mają średnio 7x mniej studentów-klientów. Budżety uczelni są ściśle powiązane z liczbą chętnych do nauki, a koszty funkcjonowania są relatywnie tym niższe, im więcej studentów.  Jako że w chwili obecnej jest o ponad jedną czwartą mniejsza populacja potencjalnych studentów niż w czasach prosperity– a został zachowany podobny współczynnik skolaryzacji – tak uczelnie zaczęły się zmagać z potężnymi kłopotami finansowymi. W zgodzie z przywołanymi wyżej prawami ekonomii, część nierentownych przedsiębiorstw zaczęła upadać. Wcześniej wykazano, że to boom instytucji szkolnictwa wyższego dotyczył głównie sektora prywatnego (patrz Wykres 1.), tak i też tego sektora dotyczą głównie likwidacje. To on gwałtownie „wystrzelił” i także to te uczelnie są obecnie systematycznie likwidowane. Dowodzi to prostego faktu – rynek edukacyjny w Polsce wykazuje duże zdolności adaptacyjne wobec popytu. Kiedy pojawiła się potrzeba – pojawiły się uczelnie, wraz z jej ustaniem uczelnie znikają. Z drugiej strony widzimy, że gwałtowne zmiany na rynku szkół wyższych nie dotyczyły, i nie dotyczą, uczelni publicznych. Nie odnotowano jeszcze przypadku bankructwa uczelni państwowej – choćby ze względu na państwowe dotacje. Poniższe prognozy dotyczyć zatem będą szkół niepaństwowych.

Wartość liczebna populacji studentów i liczba szkół wyższych są ze sobą ściśle związane. Pośrednio dowodzi tego dynamika powstawania i likwidowania szkół wyższych. W prawdzie w okresie zwyżkowym szybciej przyrastała liczba szkół, niż liczba studentów, to ogólna tendencja była zbieżna – wzrosty (patrz Wykres 1. i Wykres 2.). W jednym i drugim przypadku istotne przełamanie nastąpiło w roku 2010. Trend zniżkowy wykazuje już identyczną zgodność – w okresie 2010-2015 ubyło 23% studentów (1952 tys. do 1502 tys.)  i 23% uczelni wyższych (387 do 298). Ubywanie studentów głównie jest wiązane z niżem demograficznym. Warto tu zauważyć, że polskie  Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego szacuje liczebność studentów (identyczny co dziś współczynnika skolaryzacji), jedynie w oparciu o liczebność populacji młodych ludzi – z wyłączeniem wszelkich innych czynników.  Prognozy te pokazują wyraźnie, że trend zniżkowy w odniesieniu do liczby studentów w Polsce będzie kontynuowany [10, s. 30]. Przypomnijmy: dziś mamy 1502 tysiące studentów, ale za 5 lat będzie to już tylko 1330 tysięcy. Najniższa prognozowana liczebność ma wystąpić w 2023 roku – 1254 tysiące. Oznacza to, że będzie to niecałe 63% stanu z lat 2004-2008. Przy założeniu, że dynamika likwidowania uczelni nadal będzie zgodna z dynamiką ubywania studentów, możemy wówczas przewidywać, że już za 5 lat funkcjonować będzie o 35 mniej uczelni (-12% wobec 2015), a w 2023 roku o 50 mniej (-15% względem 2015).

Wydaje się jednak, że pomimo obecnej tendencji likwidowania szkół wyższych, sytuacja zanadto nie niepokoi MNiSW — władz. Po pierwsze czyni się założenie, że wobec obowiązujących w społeczeństwie standardów, ale i wymagań współczesności, współczynnik skolaryzacji netto będzie utrzymywał się na podobnym poziomie, a nawet rósł. Już od kilku lat obserwujemy, że w kolejnych rocznikach naukę w szkołach wyższych podejmuje ponad 40% populacji – trend ten ma już swoją blisko 10-letnią tradycję i nie dostrzega się niczego, co mogłoby zapowiadać jego trwałe odwrócenie. Podaje się tu wiele argumentów, na przykład takie, że wykształcenie wyższe zwiększa szanse na rynku pracy, podnosi status społeczny, a nawet jest modne.

Należy jedna zauważyć, że zwyżka, a nawet utrzymanie tego wysokiego współczynnika nie jest pewnikiem. Po pierwsze coraz częściej zauważa się, że rosną problemy na rynku pracy dla osób z wyższym wykształceniem. Następuje inflacja dyplomów – wzrasta też konkurencja w tej grupie. Po drugie coraz wyraźniej ujawniają się wakaty na rynku pracy w atrakcyjnych finansowo profesjach nie wymagających wykształcenia wyższego, a zawodowego. Prasa opisywała przykłady operatorów koparek zarabiających dwukrotność średniej krajowej, czy wakaty w branży lakierniczej. Te czynniki, wraz z renesansem szkolnictwa zawodowego, mogą się okazać decydujące dla obniżenia odsetka studentów wśród ludzi młodych.

W opisywanej sytuacji, paradoksalnie, można nawet mówić o zdrowieniu organizmu uczelnianego w Polsce. Wielokrotnie podnoszono głosy, że studia realizowane w uczelniach niepublicznych nie są wolne od różnego rodzaju patologii, a uzyskiwana w ich toku wiedza i kompetencje są daleko niższe niż w publicznych odpowiednikach[1]. Wierząc w „magiczną rękę rynku” można założyć, że funkcjonowanie kontynuować będą najlepsze jednostki, cieszące się uznaną marką – całość z korzyścią dla społeczeństwa.

Literatura i źródła

  1. Balcerzak-Paradowska B., Ogólne kierunki zmian w polityce rodzinnej krajów Unii Europejskiej [w:] Polityka rodzinna w krajach Unii Europejskiej – wnioski dla Polski, Warszawa 2012.
  2. Dejna D., Семейная политика как система проектов — социальных, экономических и идеологических и как способ на развитие социального потенциала региона. Пример Польши, [w:] Всероссийской научно-практической конференции. ИМИДЖ В СТРАТЕГИИ ИННОВАЦИОННОГО РАЗВИТИЯ РЕГИОНОВ РОССИИ, Volgograd 2014.
  3. Dejna D., Nalaskowski F., Publiczni Niepubliczni – Przełom, Toruń 2013.
  4. Dejna D., Nalaskowski F., О Высшем Учебном Заведении как о средстве спасения для депрессивного, потерянного города — на примере польского города Грудзёнз, (O uczelni wyższej jako ratunku dla upadającego, przegranego miasta — na przykładzie polskiego Grudziądza), [w:] Volgograd State University Journal, 2,2014.
  5. Nalaskowski F., Демографический downhill и изменения в польском высшем образовании [w:] Всероссийской научно-практической конференции. ИМИДЖ В СТРАТЕГИИ ИННОВАЦИОННОГО РАЗВИТИЯ РЕГИОНОВ РОССИИ, Volgograd 2014.
  6. Nalaskowski F., PREDICTION OF FAILURE? — MODERN HISTORY OF THE POLISH UNIVERSITIES, [w:] Journal of Faculty of Education Cukurova University, Cukurova University, Adana 2010.
  7. Pawłowski K., Szkolnictwo wyższe w Polsce – sukces okresu transformacji 1989-2004 — www.krzysztofpawlowski.pl – 1.10. 2013
  8. Prognoza ludności dla Polski 2008-2035, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2008.
  9. Rocznik statystyczny Rzeczpospolitej Polskiej, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2014.
  10. Szkolnictwo wyższe w Polsce – Raport Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, MNiSW, Warszawa 2013.

[1] Dejna D., Nalaskowski F., Publiczni Niepubliczni – Przełom, Toruń 2013.

Szkolnictwo wyższe a zmiany demograficzne. Przykład hossy i bessy na rynku szkół wyższych
Written by: Dr Filip Nalaskowski
Published by: БАСАРАНОВИЧ ЕКАТЕРИНА
Date Published: 05/23/2017
Edition: ЕВРАЗИЙСКИЙ СОЮЗ УЧЕНЫХ_ 30.01.2015_01(10)
Available in: Ebook