30 Янв

Ciągłość i endemiczność systemu wartości i jego obrona przed zewnętrznymi wpływami w wielopokoleniowych rodzinach amiszów starego zakonu




Номер части:
Оглавление
Содержание
Журнал
Выходные данные


Науки и перечень статей вошедших в журнал:
  1. Wprowadzenie

Duże wielopokoleniowe rodziny amiszów są jak masywne wrota. Niewzruszone próbami kolejnych natarć i szarż. Od lat nawet nie drgną, chronią to, co dla każdej społeczności jest kluczowe i co decyduje o jej być/albo nie być – tożsamość. Wrota te to splot utkany z amiszowskiego, endemicznego sytemu wartości. Ów splot jest unikalny i niepowtarzalny, właściwy tylko dla tej jednej wspólnoty, przyszyty do miejsca, do uwarunkowań społecznych. Oderwany od pensylwańskich warunków natychmiast uległby błyskawicznej degradacji. Rozwiązałyby się misterne supełki pozostawiając po sobie jedynie nieestetyczne zagniecenia. Tak właśnie rozumiem zawartą w tytule referatu endemiczność. Endemiczny system wartości to taki, z którym nie da się żyć w żadnym innym miejscu na świecie, w żadnej innej społecznej strukturze. Należy zaznaczyć, że termin ten został zaczerpnięty z biologii, gdzie mowa jest o gatunkach endemicznych, do których można zaliczyć np. tatrzańskiego świstaka. Żaden z przedstawicieli tego gatunku nie przeżyje poza ściśle wytyczonym i w zasadzie niewielkim terytorium. Przeciwieństwem endemiczności jest w biologii kosmopolityzm.

Kim są amisze?  Korzenie amiszów sięgają czasów reformacji.  Przyjmuje się, że amisze są odłamem szwajcarsko-alzacko-południowoniemieckiego anabaptyzmu, który powstał w wyniku schizmy dokonanej przez niezwykle radykalnego Jakoba Ammanna z Erlenbach (w Niemczech), lidera kościoła szwajcarskich anabaptystów, który chciał, by przepisy religijne regulowały wszystkie możliwe sfery życia. Anabaptyzm to ruch religijny, który powstał i rozwijał się w XVI w., wśród ciężko gnębionego niemieckiego chłopstwa
i miejskich plebejuszy. Cechowały ich: surowa dyscyplina religijna i radykalizm społeczno-religijny. Odrzucali wszelkie różnice stanowe, postulowali wspólnotę dóbr i majątków. To kaznodzieja Jakob Amman, który wytknął współwyznawcom grzechy: zbytek, pogoń za dobrami doczesnymi, ciekawość świata przypominał o konieczności wyrzeczenia się przemocy, o skromności, pokorze i nakazie ciężkiej pracy. To właśnie Amman, w roku 1693,  utworzył nową wspólnotę – amiszów. Do Stanów Zjednoczonych pierwsi amisze przybyli w 1720 roku [1. s. 24].

  1. Metodologiczne problemom badania społeczności niszowych

Badania w zborach amiszów starego zakonu, czyli w grupach najbardziej konserwatywnych prowadziłam przez kilka tygodni. Największe skupisko przedstawicieli tego ortodoksyjnego i irenicznego nurtu współczesnego anabaptyzmu znajduje się w regionie Lancaster County, w Pensylwanii w USA. Region ten zamieszkuje ok. 33.000 amiszów. Do tego miejsca zaprowadził mnie upór, determinacja i nade wszystko odporność, a właściwie głuchota pozwalająca wygłuszać salwy kolejnych „nie!”. Amisze bowiem, a szczególnie przedstawiciele Old-Order nie są pensylwańskimi maskotkami dla turystów. Owymi zdecydowanymi i powtarzanymi do znudzenia „nie!” chronią się przed intruzami z zewnątrz. Przed ciekawskimi spojrzeniami, przed byciem dziwowiskiem dla spragnionych egzotyki  wielonarodowych tłumów turystów, dziwaków, odszczepieńców szukających schronienia przed światem i zwykłych ciekawskich. Chronią się przed każdą formą interakcji.

Moje wielomiesięczne starania o nawiązanie kontaktu z środowiskiem naukowym skupionym wokół  ośrodka badań nad anabaptystami: The Young Center for Anabaptist and Pietist Studies, który jest częścią Elizabethtown College zakończyły się sukcesem. Resztę ucieleśnił mój promotor, profesor Nalaskowski. Uzyskałam zaproszenie gwarantujące kontakt z najlepszymi naukowcami, którzy od lat zajmują się amiszowską problematyką. Tego doświadczenie nie sposób przecenić, bo nie sposób przecenić wartości poznawczej godzin upływających na konsultacjach i seminariach prowadzonych przez osoby, które całą swoją naukową aktywność poświęcili badaniu amiszowskiej odrębności, wytyczanym konsekwentnie granicom, wznoszonym barykadom, które każdym swoim skrawkiem mówią: „nie zbliżajcie się do nas, zostawicie nas w spokoju”. Po trzech pierwszych dniach prowadzenia studiów literaturowych wiedziałam, że o amiszach starego zakonu (prawa) pisze się i mówi niemal wyłącznie w kontekście mechanizmów obronnych, którymi dysponują. Po tygodniach spędzonych w centrum ich świata, po setkach godzin upływających na wspólnej pracy, posiłkach i modlitwie społeczność ta jawiła mi się jako zgrany zespół sprawnych inżynierów o ponadprzeciętnym zmyśle technicznym, o czym świadczy technologia wznoszonej od pokoleń warownej konstrukcji, użyte materiały, model harmonijnej współpracy oraz zaskakujący efekt końcowy.

Wyjazd do Pensylwanii poprzedzony był wielomiesięcznymi i żmudnymi staraniami o kontakt ze środowiskiem naukowym, które zawiązało się wokół ośrodka badań nad anabaptystami The Young Center fot Anabaptist and Pietist Studies. Dzięki poleceniu mnie przez jednego z szanowanych przez amiszów profesorów, autora wielu znakomitych publikacji naukowych o historii i kulturze amiszów oraz własnemu uporowi i determinacji udało mi się wejść zaledwie do przedsionka badanej społeczności. To był pierwszy i zarazem najważniejszy krok. Znalazłam się w domu rodziny Beachy Amish, czyli amiszów, którym obyczajem i strojem bliżej jest do amerykańskich sąsiadów. To społeczność, którą stworzyli ludzie wywodzący się z wielu innych odłamów anabaptyzmu; prowadzący niewielkie rodzinne firmy, hodujący konie, podłączeni do Internetu i korzystający z nowoczesnych urządzeń technicznych. Byli to pobożni, niezwykle rodzinni i życzliwi ludzie, nieco zdumieni moim zuchwałym planem badawczym. Konsekwentnie próbowali zniechęcić mnie do pomysłu wejścia do świata amiszów starego zakonu (prawa), do świata szczelnie zamkniętego, niedostępnego, hermetycznego i nade wszystko niegościnnego.

Wieść o przybyszu z Europy, który chce napisać książkę o najbardziej konserwatywnym, irenicznym nurcie współczesnego anabaptyzmu rozniosła się po okolicy pocztą pantoflową. Powoli zyskiwałam zaufanie. Z zaangażowaniem uczestniczyłam
w pracach domowych, z oddaniem zajmowałam się zwierzętami gospodarskimi, pracowałam ciężko i jak najlepiej potrafiłam. Często zaglądałam do sąsiednich obejść rodzin starego zakonu, budowałam fundamenty. Czasami powierzano mi pod opiekę dzieci. Wreszcie zamieszkałam u rodziny Old Order Amish. Po prostu zapukałam do drzwi i zapytałam, czy mogę zostać, dostałam pozwolenie na dwa dni. Następnego ranka wstałam do pracy o świcie razem z gospodarzami. To ich chyba przekonało i zostałam na dłużej sypiając w kuchni, poznając badany teren właśnie od kuchni. Tworząc portret we wnętrzu i z wnętrza.
W amiszowskiej kuchni mieszały się zapachy codzienności. Nie wszystkie dla Europejczyka znośne. To centrum ich świata przesiąknięte zapachem skromnych, głównie warzywnych i zbożowych potraw, zapachem dzieci i potu dorosłych zapracowany ludzi. To zapachy starych drewnianych mebli i wyschniętego mydła, którego osad pokrył brzeg metalowej, niewielkiej miski służącej do sobotnich kąpieli. To pleśń owoców i efekt prania w sporych odstępach czasu.

Wróćmy do terenu badań widzianego od kuchni. Jaki był owy teren? Na początku był wymyślony, nierozpoznany i przez to tajemniczy. Niewiele bowiem wiedziałam o amiszach, o ich środowisku i kulturze, więc naiwnie ich sobie wymyśliłam. Był to mdły i nieznośnie romantyczny wizerunek zaczerpnięty z filmów, które nie mają np. zapachu. Na szczęście
w Pensylwanii prędko ów wizerunek prysnął, rozmyła go amiszowska szorstkość, nieufność i zgrzebność. Rozpłynął się w zaskakującej codzienności. I właśnie zrobiło się fascynująco.

Źródła moich badań tkwią w bardzo prostym założeniu, które nawiązuje do klasycznej szkoły antropologicznej Margaret Mead i Bronisława Malinowskiego: jako badacz, w imieniu swojego macierzystego środowiska, zgłębiam i opisuję społeczność egzotyczną, niedostępną. Nade wszystko bardzo mało znaną. Uczestniczyłam więc w codziennych, naturalnych rytuałach społeczności, która wytworzyła własną kulturę. Mój kilkutygodniowy i pełny, w sensie spełniania wspólnotowych zadań i codziennych obowiązków, pobyt zaowocował zebraniem obfitego materiału empirycznego. Znakomitą większość tego materiału stanowią notatki terenowe i wspomnienia, żadnej z rozmów członkowie społeczności nie pozwolili mi zarejestrować na nośniku elektronicznym. Potrzeba fotografowania również rodziła trudne do przezwyciężenia trudności. Wielokrotnie pytałam amiszów o taką możliwość, niemal za każdym razem uzyskiwałam taką samą odpowiedź. Odmowę. Kiedy pytałam o podwód decyzji, wielokrotnie uzyskiwałam odpowiedź: because I’m amish. Przecież to takie naturalne! Zaledwie kilka razy udało mi się uzyskać zgodę na zdjęcia. Uznałam, że w tych badaniach obrazy pełnią rolę podobną do roli szkiców w pierwszych pracach Bronisława Malinowskiego; tu opis słowny wydawał się być zbyt ubogi, dlatego o fotografie zabiegałam z prawdziwą determinacją. Spokojnie tłumaczyłam, że obraz jest niezbędny do opowiedzenia członkom mojej społeczności o amiszach. Tu konieczny był takt i cierpliwość. Od kuchni te badania podszyte były przekonaniem, że im wolniej, tym szybciej. Dlatego po penetrowanym terenie stąpałam ostrożnie i z rozwagą. Niemal z atencją. Teren ten pełen był kryzysowych wiraży, miejsc, w których o wywrotkę przekreślającą sens dalszego pobytu nie trudno. Przedsięwzięciu sens odebrałoby najdrobniejsze kłamstwo i cwaniactwo. Gest politowania czy ignorancji. Lenistwo i inne grzechy, dla których ortodoksyjni amisze nie znajdują usprawiedliwienia.

Prowadziłam badania etnopedagogiczne, w których centralnym przedmiotem badań jest człowiek w szczególnej sytuacji życiowej, nazwanej – edukacyjną. Odwiedziłam wiele amiszowskich szkół, za każdym razem pukając do niegościnnych drzwi i prosząc o podarowanie chwili wewnątrz, o rozmowę z nauczycielką. Prawdą zjednywałam sobie tych pobożnych i pracowitych ludzi. Zawsze podawałam prawdziwy cel wizyty, nigdy nie klucząc pomiędzy zgrabnymi kłamstwami.

Koncentrowałam uwagę na początkowych doświadczeniach, pozwalałam sobie na bycie zaskoczoną, na zdumienie. Spostrzeżenia opierałam na obrazie (jak
u Malinowskiego), na „pierwszym kontakcie” i bardzo silnym poczuciu obcości. To, co dotychczas było jedynie wyobrażeniem, z biegiem czasu, z każdym kolejnym krokiem pozwalającym jeszcze dokładniej widzieć teren, ulegało skrzywieniu i deformacji. Wyobrażenia ustępowały miejsca spostrzeżeniom. Swoje badania terenowe traktuję nie tylko w kategoriach opowieści, ale przede wszystkim w kategoriach skrupulatnie analizowanych obrazów i scenariuszy. Każdą obserwację zapisywałam w diariuszu, zapisywałam pojedyncze słowa i całe dialogi. Właśnie obserwację, rozumianą jako akt spostrzegania zjawisk i ich rejestrowania uczyniłam dominującą techniką badawczą.

 Obserwacja w społeczności całkowicie nieznanej z autopsji polegała na wejściu, rozpoznaniu i całkowitym podporządkowaniu się zasadom panującym wśród amiszów. Właśnie to całkowite podporządkowanie się rodziło najwięcej trudności. Oznaczało bowiem pobudkę o 4:30 i dzień wypełniony wielogodzinną, ciężką pracą. To było następujące po sobie, kaskadowe wręcz łamanie przyzwyczajeń. Oznaczało zmianę stroju, uczesania
i  higienicznych rytuałów. Nagle z młodej kobiety o wypielęgnowanych dłoniach stałam się dotkniętą staropanieństwem, przykurzoną i permanentnie niedomytą i niewyspaną piastunką gromadki dzieci. Prędko porzuciłam dżinsy oraz wszystkie inny elementy stroju świadczące
o pochodzeniu z zewnątrz. To oznaczało również rezygnację z makijażu. W zamian dostałam skromną, tradycyjną amiszowską sukienkę i czarny praktyczny fartuch. Włosy gładko zaczesane, upięte w ciasny koczek. Kąpiel raz w tygodniu, poprzedzona żmudnymi przygotowaniami: wodę najpierw trzeba było przetransportować do domu, a później przynajmniej lekko podgrzać. Zmiana stroju, staranne ukrycie komputera, posłuszeństwo, przedefiniowanie słowa higiena, były moją przyśpieszoną i na początku bolesną inicjacją
w środowisko amiszów, przede wszystkim jednak był to rodzaj symbolicznego przyrzeczenia lojalności moim gospodarzom. Zaskakujące było to, że po jakimś czasie opisane wyżej trudności stawały się coraz mniej uciążliwe. Owa amiszowska nisza, czyli świat, któremu daleko do wyśrubowanych higienicznych standardów stawała się z czasem bardzo przyjazna. Życie w społeczności tak pieczołowicie dbającej o własną tożsamość, tak bezpiecznej
i bezkompromisowej może wciągnąć i uzależnić. Ucieczka do tak silnie uwodzącego niszowego zakamarka, pod warunkiem, że pozbawiona jest znamion bełkotliwych, turystycznych ekspansji naznaczonych gwałtem i podbojem, nie da o sobie zapomnieć.

  1. Ciągłość i endemiczność systemu wartości; czółna splatające

Skupię się teraz wyłącznie na mechanizmach obronnych wytworzonych przez amiszów, na sposobach impregnowania wartości, na ich ciągłości, nienaruszalności i wreszcie endemiczności. Podczas prowadzenia moich badań uzyskiwałam coraz więcej dowodów świadczących o tym, że stawiane przez amiszów granice są nieprzekraczalne, a wartości niezbywalne. Ta konsekwencja i ortodoksyjność jest bardzo pociągająca. Rezerwuarem i kluczowym medium owych atrybutów są właśnie ogromne i wielopokoleniowe amiszowskie rodziny.

         Tu ważna uwaga: na opisywany misterny splot należy patrzeć jak na skończoną całość, w żadnym razie nie wolno przyglądać się wyalienowanym fragmentom tej tkanki nie biorąc pod uwagę struktury i funkcjonowania poszczególnych jej części, bowiem sens splotowi nadaje bycie całością złożoną z mniejszych, powiązanych z sobą fragmentów. Ten sens (zresztą jak każdy) tworzy istota, struktura wartości i struktura powinności całości. To praca na rzecz całego organizmu. To misternie i przemyślanie  przetykanie czułem pomiędzy strunami osnowy.

Wracając do splotu: po pierwsze czółnem tkającym jest szkoła. Szkolna edukacja dzieci oparta jest na niezachwianej niczym wierze w świętość słowa nauczyciela, na przekonaniu, że lenistwo, nieposłuszeństwo i nieuctwo to grzech. Dla tego typu grzechów ortodoksyjni amisze nie znajdują uzasadnienia. W amiszowskiej szkole najważniejsza jest praca, to ona kształtuje i przysposabia dzieci do bycia pełnoprawnym członkiem wspólnoty. Mocowanie się ze szkolnymi obowiązkami jest wprawką przed dorosłością, którą wypełnią: praca, modlitwa, rodzina i wspólnotowe obowiązki. Tak o szkole mówi się i myśli podczas codziennych posiłków i wieczornych rodzinnych modlitw. To przekonanie wyrasta z rodziny, wzrasta w kolejnych pokoleniach transportowane nie tylko za pomocą słów, ale też za pomocą wielu gestów wobec szkoły. Niezbywalnym warunkiem dla udanej edukacji młodych amiszów jest nauczenie dzieci szacunku do dorosłych, na nim bowiem opiera się cały system kształcenia. Szkolna edukacja prowadzi do sprawnego nabywania kolejnych pakietów zachowań, składających się na tzw. depozyt pedagogiczny, czyli: posłuszeństwo, samodzielność i odpowiedzialność. Wreszcie tak skonstruowana szkoła wytycza ścieżkę, którą transmitowane są wartości budujące tożsamość społeczności. Amiszowska szkoła to taka politechnika kształcąca przyszłych inżynierów-budowniczych społecznego ładu, którym nie sposób zachwiać. Solidne fundamenty i stabilna konstrukcja skutecznie zapobiegają wszelkim odchyleniom od kąta prostego.

Po drugie język. Język jest bez wątpienia jednym z czółen tkających włókna obrony przed wpływami z zewnątrz, ale  można nazwać go również magazynem, w którym przechowuje się niedostępne dla reszty informacje dotyczące wspólnotowego życia, rytuałów rodzinnych, historii, a więc
i ukorzenienia w danym miejscu. To rodzaj niewidzialnego i solidnego ogrodzenia, zapewniającego warunki dla zachowania ciągłości tradycji. Wszyscy członkowie społeczności posługują się językiem pensylwania dutch. Język ten jest połączeniem niemieckiego, angielskiego i rodzimych dialektów przypisanych danym niewielkim obszarom geograficznym. To endemiczny twór, przypisany nie tylko danemu miejscu, ale przede wszystkim niewielkiej grupie mieszkańców. To wytwór jednocześnie wyznaczający granice
i zupełnie bezużyteczny poza wyznaczonymi przez siebie granicami społeczności.  Język angielski służy wyłącznie do porozumiewania się z englisch, czyli z nie-amiszami, z osobami z zewnątrz, a dzieci uczą się języka angielskiego dopiero w szkole (podobnie jak niemieckiego). Pensylwania dutch nie funkcjonuje na kartach żadnego słownika, nie jest
w żadnym miejscu spisany, nikt nie nadał słowom alfabetycznego porządku. W pensylwania dutch się wzrasta, to język domu i pierwszych słów, kroków, modlitw. W tym języku, może po raz pierwszy w życiu, młode matki pomrukują nad kołyskami swoich dzieci.

Po trzecie dom, a więc czółno tkające nić życia rodzinnego. Ordnung to słowo niemieckiego pochodzenia oznaczające porządek, czyli zespół zasad
i reguł, według których postępują amisze. |o niego pochodzi słowo ordo czyli zakon, zakon czyli prawo. To klucz do zrozumienia tej wspólnoty. Oznacza bowiem sposób uporządkowania ich rzeczywistości społecznej. Amisze w pewien sposób stanowią więc odmianę zakonu, w którym obowiązuje swoista reguła, traktowana jako wytyczna, konstytucja. Reguła ta każe amiszom żyć z dala od świata, buduje lęk przed światem, odgradza od niego. Wytycza granice, za którymi jest grzech i zza których nie ma powrotu. Granice te przekazywane są kolejnym pokoleniom drogą transmisji kultury. Nie sposób pominąć w tym miejscu klasycznego tekstu Margaret Mead, która opisała drogi, na których dochodzi do transmisji kultury. Wymieniła trzy modele (drogi): postfiguratywny, prefiguratywny i kofiguratywny. U amiszów reprodukcja kultury odbywa się bez żadnych wątpliwości na drodze postfiguratywnej, gdzie o obliczu młodszego pokolenia decyduje starsze, przekazując uznawane przez siebie wartości oraz normy. W języku tradycji europejskiej powiedzielibyśmy o porządku tomistycznym. Tu dom jest źródłem wartości i struktury norm. Kultura ma wtedy wymiar wertykalny, pozwalający jej członkom na ukorzenienie się, zadomowienie w świecie, w którym wzrastają. To pozwala na kontakt
z przeszłością, a przeszłość dorosłych amiszów jest przyszłością młodych. Tu każdy fragment zachowania kulturowego odbywa się według tego samego wzoru. Z zaskakującą wprost literalnością. Tu ciągłość systemu wartości opiera się na realizacji oczekiwań starszego pokolenia, pokolenia rodziców i dziadków. Społeczność postfiguratywna formułuje gotowe odpowiedzi na fundamentalne pytania: kim jestem, jak żyć, mówić, chodzić, kochać i umierać? Odpowiedzi te są uniwersalne, nie podlegają negocjacjom i dyskusjom, formułuje je i chroni przed niebezpiecznymi modyfikacjami tradycja.

  1. Podsumowanie

Istnieją jeszcze inne  fragmenty splotu, który nieprzerwanie chroni tożsamość grup amiszów starego zakonu przed niepożądanym. Można by mówić o treściach nauczania, o stosunku do powszechnych w USA obowiązków wobec państwa (podatki, służba wojskowa, ochrona zdrowia), wreszcie dokładniej o kształcie szkoły skrojonej na miarę, o szkole z wyboru, której każdy najmniejszy fragment tworzony jest z myślą o specyfice adresatów, w której kształcenie nie ma w sobie nic z kształcenia „dla równych szans”. Zostało bowiem zamienione w świadomie nierówne. Niszowe, endemiczne, wymagające nie tylko specjalnych warunków materialnych, ale przede wszystkim społecznych. Międzypokoleniowe porozumienie wpasowuje tę społeczność w specyficzną niszę, czyni ją endemiczną. Ta społeczność (tak jak inne gatunki fauny endemicznej, np. świstak, czy legwan morski i flory, np. brzoza karłowata i miłorząb) nie toleruje nawet najmniejszych wahań ekologii, a jej endemiczne wychowanie rozumiane jako stosowanie uzasadnień i perswazji prowadzącej do upodmiotowienia określonych wartości wykazuje cechy wąskiej specjalizacji.

  1. Nolt S., A History of The Amish, Intercourse 1992.
    Ciągłość i endemiczność systemu wartości i jego obrona przed zewnętrznymi wpływami w wielopokoleniowych rodzinach amiszów starego zakonu
    Written by: Dagna Dejna
    Published by: БАСАРАНОВИЧ ЕКАТЕРИНА
    Date Published: 05/23/2017
    Edition: ЕВРАЗИЙСКИЙ СОЮЗ УЧЕНЫХ_ 30.01.2015_01(10)
    Available in: Ebook